Aktualności

Latanie biwakowe przez Alpy

sobota, 29 czerwiec 2019 12:31

Czas na nową wyprawę, zobaczymy jak daleko mnie zaprowadzi. Na razie wiem tylko skąd wystartuje. Wyprawę zaplanowałem w stylu vol-biv, czyli pokonanie trasy wyłącznie paralotnią i pieszo. Pokonanie to niezbyt trafne słowo, lepiej powiedzieć - przeżycie. Jestem sam, wszystko co trzeba do latania, spania w górach, jedzenia, ubrania i mycia mam w plecaku. Ze względów bezpieczeństwa mam tracker GPS, gdzie też w razie czegoś można podejrzeć gdzie się podziewam, tutaj link https://eur-share.inreach.garmin.com/MSA6U Postaram się w miarę możliwości pisać na bieżąco relację. Trzymajcie kciuki:-)

 

Krótkie filmiki z wyprawy do obejrzenia tutaj: https://www.youtube.com/playlist?list=PL8qdUSV6FbETDN-KLO_yoLw3yLNBx-psR p>29.06.2019 Wylądowałem w Nicei, niedaleko Monako, gdzie kilka dni temu zakończył się najcięższy paralotniowy ultramaraton po Alpach, czyli Red Bull X-Alps. Nie zamierzam się tu z nikim ścigać, ale symbolicznie fajnie tutaj zacząć przygodę, o której już od dawna marzyłem. Francja przywitała mnie klasycznie. Na dworcu kolejowym nikt nie mówi po angielsku, albo udaje że nie mówi. Każdy przy kasie opowiada historię swoje życia, nikomu się nie spieszy, tylko ja myślami jestem już w pobliskich Alpach. Pociąg odjeżdża, beze mnie, trzy osoby przede mną kupowały bilety 20min. Ostatecznie dogaduje się z kasjerką za pomocą translatora i cieszę się biletem kolejowym w stronę przygody, choć dopiero za dwie godziny, co oznacza że już dziś nie będzie latania. Trochę słaby początek, choć może wcale nie. Przez ostatnie kilka nocy nie spałem dłużej niż 4 godz, więc najbardziej kręci mnie teraz wizja porządnego wyspania jakie już dziś urządzę sobie w górach. Ostatecznie dojechałem do podgórskiego miasteczka Saint Valier de Thiey. Nie to, że tu właśnie chciałem, ale tu jechał autobus. Było już późne popołudnie, ale wyszedłem z buta na górkę i zrobiłem wieczornego zlota z lądowaniem w miejskim parku. Postanowiłem dziś doprowadzić się do porządku, wyspać porządnie i najeść. Jutro zaczynam właściwą cześć trasy.

 

30.06.2019. Wyspałem się wreszcie, zjadłem jakąś namiastkę śniadania, czyli croissanty z marmoladką i wyszedłem ok 6 km na znaną już górkę. Trochę przymarudziłem na starcie, ale nie jest łatwo upakować cały dobytek do latania, spania, ubrania i jedzenia w kieszeniach uprzęży. Zaraz po starcie udało się ładnie wykręcić, trzeba było tylko uważać, żeby nie wykręcić się za wysoko, bo od góry ograniczała mnie strefa lotniska w Nicei. Lot po kolejnych garbach w kierunku Saint Andre Les Alpes. Niestety coraz mocniej budowały się komórki burzowe skutecznie odcinając mi drogę. Po ok 40 km zdecydowałem się wylądować na jakiejś górce z polanką na 1500m. Szybko okazało się że to była słuszna decyzja. Grzmoty potwierdziły że nie ma żartów i muszę szybko się rozbić. Zaraz po postawieniu płachty biwakowej zaczęło padać. Zrobiłem jedzenie, znalazłem jakieś źródło, uzupełniłem wodę, jednak szkoda jej było na mycie. Padało całkiem mocno, do tego było ciepło, namydliłem się i postałem na deszczu. Tak samo zrobiłem pranie. Deszcz ustał pod wieczór. Rozpaliłem ognisko, bardziej z nudów bo i tak nie miałem co na nim upiec. Dzień całkiem udany, szkoda że taki krótki, ale cieszę się, że już jestem w trasie:-)

 

01.07.2019 Z rana spakowałem swój dobytek, naparzyłem kawy po turecku, bo i jaka mógłbym zrobić. Zjadłem mieszankę suszonych owoców i orzechów z Lidla i wyszedłem na szlak. Aaa z drobnym zejściem po wodę, nie było jakoś daleko bardzo. Jak to bywa, prognozy nie przewidział tak silnego zachodniego wiatru, ostatecznie musiałem iść jedna górkę dalej. Górka ładna, ale po wczorajszej burzy, dopiero po południu na horyzoncie pokazały się nieśmiało pierwsze kumuluski. Jak na razie wyglądało jednak niemrawo. Rozpakowałem skrzydło, poszedłem kilkadziesiąt metrów dalej, gdy nagle słyszę a potem widzę jak Halina (moje skrzydło) sama wstaje w górę i jest dość mocno szamotana. Pobiegłem Halinie na ratunek, na szczęście miała splątane linki, inaczej dust devil porwałby ją do góry i poleciałaby gdzieś beze mnie. Kto wie, może lepiej niż że mną:) Opanowałem skrzydło, podpiałem się i wystartowałem. Mocny zachodni i północno - zachodni wiatr nie pomagał. Leciałem dokładnie w przeciwną stronę. Każdy wykręcony komin kosztował mnie kilkaset metrów do tyłu. Po 20km doleciałem do zamkniętej doliny, która musiałem przeskoczyć po zawietrznej. Szło nieźle, bardzo turbulentnie, ale do przodu. Ostatecznie zdusiło mnie jednak i posadziło na stromej grani. Wylądowałem bardzo spokojnie, jednak było na tyle stromo, że bałem się zsunąć w dół razem z rumowiskiem na którym stałem. Poskładałem jakoś sprzęt i po ok godzinie wchodzenia byłem już na nawietrznej. Wystarowałem, poleciałem jeszcze kawałek, znalazłem świetna górkę na nocleg, postanowiłem dłużej się nie męczyć. Wylądowałem. Rozbiłem plachtę biwakową, wrzuciłem wszystkie rzeczy do środka i ruszyłem na poszukiwanie wody. ... 4 godziny później zaczął się dramat. Wody brak, strumyki wyschnięte, ja odwodniony, górka stroma i wysoka, przewyższenie nad doliną jakieś 800m. Co robić? Tuż po zachodzie słońca podjąłem jedyna słuszna decyzje. Spakowałem wszystko i zleciałem w dół, póki jeszcze coś widziałem. Wylądowałem przy samotnej chacie, jednak z góry widziałem auto. Skoro jest auto, są ludzie, skoro są ludzie, będzie woda. Logika nie zawiodła. Para starszych Francuzów w chacie bez drzwi w górach nawet się ucieszyła na mój widok. Facet o dziwo całkiem nieźle mówił po angielsku, zaoferował korzystanie z kuchni na zapleczu, miejsce na rozbicie płachty, a przede wszystkim okoliczne źródełko! Wypiłem 2 litry wody na miejscu! Mój gospodarz mocno przejął się moja moją misja, wyjął stare mapy i pokazał mi ścieżkę pasterzy. Potwierdził też że strumyki odchodząc z góry są suche a jedyną nadzieja to woda dla owiec, jeśli już wypasają owce (następnego dnia okaże się że wypasają i woda była dość blisko..).

 

02.07.2019 Przenocowałem w swojej płachcie i rano wyruszyłem z powrotem na górę. Po 4 godzinach byłem w punkcie wyjścia, ale miałem wodę. Co prawda tylko 1.5 litra, bo 3 litry wypiłem wchodząc, ale było w sam raz na lot. Na wschodzie budowały się już burze, na zachodzie spore congestusy zapowiadały wkrótce to samo. Na szczęście leciałem na północny - zachód, więc mogłem wbić się pomiędzy. Szło całkiem nieźle, wydawało mi się nawet że lecę szybciej niż rozwija się burza obok mnie, jednak po ok 30 km przymarudziłem i dałem się dogonić, nie miałem już innego wyjścia niż lądowanie, cieszył jednak fakt malowniczego jeziorka na dole. Ożyła wizja spania w łóżku, łazienki, ciepłego jedzenia.. Wylądowałem, szybko spakowałem sprzęt i zaczęło padać. Dotarłem stopem do najbliższego zajazdu i realizuję hadonistyczne wizje buszmena. Do jutra:-)

 

03.07.2019 Dziś piąty dzień mojej tułaczki z Haliną (paralotnią) i plecakiem. Wczoraj zboczyłem z trasy kilkanaście km żeby zaznać luksusów nocowania pod dachem. Zajazd nie był jakiś super, ale oferował wszystko czego potrzebowałem. Zrobiłem pranie, najadłem sie, wypiłem piwo (cena 5,5 euro powstrzymała mnie przed kolejnym), wyspałem się w łóżku i naładowałem wszystkie baterie. Udało mi się też kupić batoniki, czyli podstawę żywieniową w trasie. Rano złapałem stopa z powrotem do punktu, w którym wczoraj wylądowałem, skąd miałem jakieś 10 km w miarę łagodnego podejścia na górkę. Nie śpieszyłem się, po 4 godzinach byłem na miejscu. Saint Vincent Les Forts. Trzy domy na krzyż, kafejka, jakiś fort i oficjalne startowisko, drugie podczas dotychczasowej trasy. Co najważniejsze jest ujęcie pitnej wody. Ostatnio jestem przewrażliwiony na tym punkcie, ciekawe dlaczego.. Zaraz po dotarciu rozpętała się burza, co tylko mnie ucieszyło, bo wreszcie udało mi się ją przechytrzyć. Niewiele można tu robić więc schowałem się w kafejce i nadrabiam pisanie i planowanie. Nocleg planuje centralnie na startowisku, nie będę musiał się pakować dwa razy:) Jutro pogoda wygląda lepiej. Mam nadzieję że wszystko ładnie zadziała, nie będzie zbyt silnego wiatru w przeciwna stronę do mojej trasy i że wkręcę się na tyle wysoko, żeby przeskoczyć to malownicze jezioro jakie mam na dole. Fajnie by było wreszcie coś polecieć, bo do tej pory burze przerywały mi po maksymalnie jakiś 40km. Póki co szykuje się romantyczna kolacja z Haliną, lampka wina i takie tam.. Czekając w kafejce na kolacje wzbudziłem ciekawość miejscowych. Poinformowali mnie ze nie mogę rozbić się w wiosce, bo jest zakaz. WiFi też nie mogą udostępnić, ganaralnie tacy jacyś... mało przyjaźni. Dobrze, że koniec wioski jest jakieś 20 m stąd. Może to aroganckie, ale średnio obchodzi mnie ten zakaz, nie zostawiam śmieci, umyje się w publicznej toalecie w jaką zaopatrzone jest lokalne startowisko, jedyne co po mnie zostanie to lekko ubita trawa, która wstanie po pierwszym deszczu. Wydaje mi się to w porządku, więc zaryzykuje zadarcie z lokalnym aparatem represji. Viva la revolución! Mam nadzieję, że do jutra!

 

04.07.2019 Wstałem sobie rano, spakowałem dom i poszedłem skorzystać z naprawdę bogatej oferty publicznych udogodnień jaką oferowało to miejsce, czyli toaleta publiczna i słoneczne ładowarki. Wyszedłem zza drzew za którymi nocowałem, patrzę w stronę parkingi a tam bus Parakros i Stan Radzikowski we własnej osobie przeciąga się przed busem! Do tej pory widziałem tu może z 10 osób, sami miejscowi a tu proszę! Jak nam minął szok, z jakby nie patrzeć dość niecodziennego spotkania, Stan naparzył kawy i tak spędziliśmy całe przedpołudnie na rozmowach od paralotniarstwa po schyłek kapitalizmu. Stan jest dla mnie wyjątkowo inspirującą osobą, więc lepiej nie mogłem trafić. Świetny pilot, który robił przeloty biwakowe w miejscach, gdzie większość ludzi boi się nawet patrzeć na mapie. Poza tym organizuje ambitne seminaria przelotowe, i wiele innych. http://parakros.com Tu akurat robił rekonesans przed zawodami które współorganizuje w najbliższych dniach. Wczorajsza burze opóźniła rozwój termiki i dopiero po 14:00 zaczęło coś niemrawo wiać. Lokalni piloci tandemowi zaczęli podpinać lokalnych klientów a ja zacząłem się szpeić. Pierwszy tandem się nie utrzymał, postanowiłem jeszcze poczekać. Po kolejnej godzinie latałem już z tandemami na wysokości grani na słabym żaglu. Od zachodu widać było nadchodzącą chmurę burzową. Niewiele pozostało czasu, żeby stąd uciekać a wciąż nie ma jak zrobić więcej wysokości, żeby przeskoczyć dolinę z jeziorem. Wreszcie desperacko decyzja i próba przeskoku przy wysokości 200 m nad startowiskiem. Wiatr dolinowy był jednak za silny a ja byłem za nisko. Wylądowałem sfrustrowany zaraz na drugiej stronie jeziora. Żeby znaleźć jakieś plusy tej sytuacji, rozbiłem się w ładnym miejscu na brzegu i umyłem w zimnej górskiej wodzie. Niby fajnie, ale liczyłem na parę kilometrów do przodu a nie na kolejne 10 km wejście na tą samą, niezbyt fajna górkę. Bywa i tak.

 

05.07.2019 Zaspałem. Jakoś tak ciepło i przyjemnie z a Halina było, że tak wyszło. Spakowałem się, zrobiłem sobie resztę kawy jaką miałem i ruszyłem w górę. Trasa znajoma, szybko szło. Po wejściu stwierdziłem, że nie jadłem śniadania, zaszedłem do jedynej knajpki i wrzuciłem coś na szybko żeby oszczędzać kończące się zapasy suchego jedzenia. W knajpie uświadomiłem sobie, że gdzieś zgubiłem kabel USB do ładowania telefonu i kamery. Zostawiłem paralotnie na startowisku i zbieglem w dół. Na szczęście nie daleko. Po pół godz byłem z powrotem z kablem lekko przejechanym przez samochód. Aż strach pomyśleć co by było, gdybym go nie znalazł. Brak nawigacji, łączności że światem, słabo. Wystartowałem I znów męczyłem te same słabe bąble termiczne. Cierpliwość jednak się opłaciła i po prawie godzinie udało mi się wykręcić jakieś 700 m nad start. Przeskok był już łatwy a dalej czekały już tylko wysokie góry i porządna mocna termika. Jedynie kierunek wiatru nie pomagał, raz boczny, raz pod wiatr, trzeba było sprytnie zygzakować i kilka razy wracać i zmieniać trasę. Widoki za to rekompensowały niedogodności. Z wysokości 3500 m oglądałem okoliczne trzytysieczniki pokryte od północy śniegiem. Słońce było już coraz niżej a ja wypatrywałem dobrej górki do lądowania i jutrzejszego startu. Znalazłem mała łączkę i jakimś cudem udało mi się na niej posadzić Halinę. 73 km ciężkiego, technicznego lotu, jednak satysfakcja, że wreszcie ruszyłem dalej do przodu jest nie do opisania. Teraz już tylko kolacja, postawić dom i spać. Zobaczymy rano czy ten start będzie działał.

 

06.07.2019 Dzień zaczynał się ładnie, choć po pierwszych chmurach widać było spory wiatr górą. Na mojej biwakowej łączce jakoś nie chciała się odrywać termika, więc ładowałem słońcem baterie i czekałem. Coś mi nie grało, nie byłem pewien co. Czułem jakieś poddenerwowanie, jakiś niepokój. Wydawało mi się że termika działa już wszędzie wokół, tylko nie tutaj. W końcu wystartowałem, szybko okazało się że właśnie tak jest. Kominy odrywały się dokładnie nad moją łączką i szybko wywindowałem się w górę. Próba ataku wprost na NW pod wiatr szybko zakończyła się dużym duszeniem w zawietrznej. Wiatr silniejszy niż przypuszczałem. Wróciłem, wkreciłem jeszcze raz, odbiłem na N, ciężko szło. Górą dmuchało 8-10 m/s czasem z przodu, czasem bardziej z boku. Wykręcenie każdego komina poważnie oddalało mnie od kursu. Przed przeskokiem wiatr gradientowy dostał dodatkowego przyspieszenia od wiatru dolinowego, który wiał w tym samym kierunku. Spłukało mnie na trawiastą górkę o wysokości ok 2000m. Wylądowałem na stoku. Po jakiś 10 min nadleciał helikopter ratunkowy, zwinąłem skrzydło, żeby pokazać za wszystko ok, polecili na następną górkę. Poczułem zmęczenie. Nie samym lotem, takie ogólne, wielodniowe, psychofizyczne zmęczenie. Miałem jeszcze ok 0.3 litra wody i najchętniej wypiłbym wszystko od razu, wiedziałem jednak ze nie mogłem, więc zmoczyłem tylko usta. Zjadłem ostatniego batona. Trochę lepiej. Stwierdziłem, że wieje za mocno, żeby walczyć, niedaleko miałem ośrodek narciarski Les Duex Alpes, który pamiętałem jeszcze z czasów jazdy na desce. Do ośrodka jakieś 4 godziny drogi z buta, albo... Brak wody i ogólne zmęczenie zrobiły swoje. Ubrałem uprząż i wystartowałem z nadzieją, że zawietrzna nie będzie zbyt silna. Zrobiłem wysokość górki na żaglu, wtedy się zaczęło. Pierwszy rotor całkowicie zdmuchnął mi skrzydło, drugi przestrzelił skrzydło do przodu, wyhamowałem, jednak nie czułem oporu, przeciągniete. Wyszedłem z full stalla jakieś 30 m nad ziemią, trzymając mocno w ryzach szalejącą Halinę. Wiedziałem, że jeszcze tylko kilka metrów i wyjdę ze strefy zawietrznej pobliskiej górki. Leciałem z silnym wiatrem, Halina nerwowo gubiła i łapała powietrze, jednak uspokajało się. Wyleciałem nad dolinę, było już o wiele spokojnie. Wiedziałem, że straciłem w turbulencjach zbyt wiele wysokości, żeby dolecieć do samego Les Duex Alpes, ale nie miało to już znaczenia. Wylądowałem przy kościele w wiosce obok i trochę niżej. Podziękowałem Halinie za tak poprawne zachowanie w tak niefajnej sytuacji, przeprosiłem za mój głupi pomysł i poszedłem szukać wody. 1.5 litra na miejscu, drugie tyle na drogę. Jakieś 1.5 godz. wchodzenia i jest! Cywilizacja! Ludzie, sklepy, restauracje, noclegi! Tego chyba potrzebuje, tym bardziej, że jutrzejszy dzień wygląda podobnie. Najrozsądniejsze co mogę zrobić, to się trochę zregenerować. Umyć, najeść, wyspać, przeprać, uzupełnić zapasy. Ciśnięcie za wszelką cenę dalej, to proszenie się o kłopoty. Zostaje tu przez cały jutrzejszy dzień, będę jeść lody, przechadzać się po deptaku, pić wino i jeść pizze, w końcu jestem na wczasach;)

 

07.07.2019 Les2Alpes. Dzień wypoczynku. Les Duex Alpes to kurort narciarski. Latem trochę wymarły, choć zamiast narciarzy jest troche amatorów MTB. Ja skoncentrowałem się, żeby wypocząć, uzupełnić zapasy jedzenia, wyprać się najeść i napić wina. Nie ma co opowiadać, plan spełniony. Ps. Nie wytrzymałbym tu dłużej niż dobę. Nie wiem jak ludzie mogą tak siedzieć na tyłku...

 

08.07.2019. Wyszedłem z Les2Alpes cięższy o batoniki, zupki chińskie i oczywiście wodę. Na końcu miasteczka jest startowisko paralotniowe, jednak miałem czas, postanowiłem wdrapać się trochę wyżej, żeby wcześniej odpalić a w razie czego wylądować na niższym startowisku i mieć druga szansę. Tak też wyszło, po odpaleniu z góry termika nie była wystarczająca, żeby się utrzymać. Wylądowałem niżej, poczekałem godzinę, wystartwało dwóch lokalnych pilotów i wiedziałem gdzie spodziewać się termiki. Odpaliłem zaraz po nich. Wiatr był słaby, pomijalny. Wkreciłem się i poleciałem na nasłonecznioną grań na zachód. Tam niestety wiatr już był porządny i wytarmosiło mnie na zawietrznej. Wróciłem przez dolinę na wschód i leciałem po nawietrznej stronie na północ. Po 45 km miałem do przeskoczenia przełęcz coś ponad 2500m. Płaskowyż z lazurowymi jeziorkami otoczony wysokimi skałami, częściowo pokrytymi śniengiem. Stwierdziłem, że jest tak ładnie, że fajnie byłoby tam wylądować i posiedzieć chwilę. Jakoś udało się posadzić Halinę i już mogliśmy robić sobie fotki w tej niesamowitej scenerii. Wystartowałem jakiś 45 min później i poleciałem w już coraz słabszej termice na północ. Gdzieś przed 19.00 znalazłem górkę z idealną wystawą na wiatr dolinowy, gdzie miałem gwarantowaną konwergencję właściwie niezależnie od kierunku wiatru gradientowego. Do tego z góry zobaczyłem strumyk, względnie płaski kawałek łąki, co więcej trzeba? Mogłem pewnie pocisnąć jeszcze kilkanaście km, ale taka miejscówka mogła się nie powtórzyć. Wylądowałem w okolicy Albertville na 1900 m i rozbiłem obóz dokładnie w miejscu lądowania. Wiedziałem gdzie jest woda, więc jeden stres mniej. Ugotowałem zupkę, wypiłem trochę wina z okazji urodzin siostry, które przemyciłem w małej plastikowej buteleczce z Les2Alpes i poszedłem spać. Na zewnątrz było dość zimno, niewiele powyżej zera, jednak w mojej płachcie dało się całkiem komfortowo pospać. No może gdyby nie jakiś zwierz, który dość przerażająco szczekał/warczał? Podpaliłem kilka przeczytanych stron gazety i przeszedłem się z taką pochodną wokół obozu, żeby stwora odstraszyć. Nie wiem czy to poskutkowało, ale była już cisza. Rano spróbuję coś polecieć, chociaż zapowiada się deszczowo i nie wiem na ile prognozy się sprawdzą.

 

09.07.2019. Rano spakowałem obóz i czekałem na rozwój sytuacji. Postanowiłem odpalić, gdy tylko będę widział nadchodzący deszcz. Za wczesne odpalenie skończy się szybkim zlotem w dolinę, za późne będzie przerwane przez deszcz. Prognozy jakoś słabo odzwierciedlały rzeczywistość. Była już 13.00 i bardzo ładna pogoda, trochę chmur w okolicy, ale nie jakiś bardzo groźnych. Odpaliłem, wkreciłem się na ile się dało, bo termika byla jeszcze niemrawa. Przeskoczyłem na drugą stronę doliny gdzieś nad Albertville I leciałem wzdłuż grani na wschód. Po jakiś 15km chmura przede mną dość mocno się rozbudowała. Na horyzoncie w kierunku Chamonix widać było jeszcze bardziej rozbudowane chmur. Spadły na mnie pierwsze krople deszczu, czego Halina specjalnie nie lubi, zacząłem się więc lekko stresować. Leciałem właśnie nad fajna trawiastą górą, na której stała jakaś chata i budynek gospodarczy, pomyślałem że zawsze lepiej przeczekać burze pod dachem niż w płachcie. Wylądowałem. Zapukałem do chaty, cisza, otworzyłem, wszedłem do środka. Prycza, jakieś elementy uprzęży dla zwierząt, podstawowe przybory do gotowania, kilka ciuchów, kostka Rubika, czyli typowa pasterski chata. Nie chciałem tak tam siedzieć u kogoś bez zaproszenia, więc poszedłem do obory. Obora raczej dawno nie używana przez zwierzęta, dużo miejsca, więc rozgościliśmy się z Haliną. Zrobiłem obiad, między czasie spadł porządny deszcz. Posiadałem kilka godzin, wreszcie przestało padać, jednak na horyzoncie już widziałem następna chmurę, z której pewnie za godzinę znowu poleje. Wystartowałem z mokrej trawy i poleciałem na dół do doliny. Wylądowałem blisko następnej górki, na którą chciałem wejść następnego dnia. Na razie wystarczy tego szlajania się po krzakach i oborach, dziś przyjechał Maciek, kumpel od latania, więc bierzemy jakiś nocleg, będzie prysznic, wino i normalne spanie.

 

10.07.2019. Zaplanowaliśmy z Maćkiem trasę na górkę wystawioną na SE. Wg nawigacji trasa powinna zająć 1.50 godz, więc z ciężkimi plecakami założyliśmy 3 godziny. Wiatr ma być słaby, więc górka powinna fajnie działać termicznie już od południa. Podejście było dość ciężkie, momentami ślisko od liści, które po kolana leżały na szlaku, jak w listopadzie. Co najgorsze podejście 800 m w górę zajęło nam 5 godzin i całkiem nas zmęczyło. Na starcie wydawało się dość mocno, jednak zaraz się uspokoiło a górą przewiawało w plecy. Nie byliśmy pewni czy przewiewa wiatr gradientowy, czy termika, założyłem że pewnie kominy odgrywają się na froncie i zasysa powietrze zza górki. Założenie chyba tylko po to, żeby dorobić sobie teorie do niezbyt ciekawej sytuacji, jaką jest wchodzenia cały dzień na startowisko, które jest na zawietrznej. Wyczekałem na powiew i wystartowałem. Już po kilku sekundach wiedziałem, że niestety nasze obawy były słuszne. Kolejne rotory próbowały poskładać Halinę a ja z zaciśniętymi zębami kierowałem się w stronę środka doliny. Duszenie dochodziło do 5.5 m/s i czekałem kiedy przestanie szamotać. Przestało gdzieś w 1/3 szerokości doliny, choć wciąż było nieprzyjemnie. Szanse na lot dawno przepadły, straciłem za dużo wysokości. Wylądowałem w dolinie. Po krótkiej rozmowie na radiu, Maciek zniechęcony moim dramatycznym lotem, postanowił wdrapać się wyżej i wystartować na zachód, skąd wyraźnie wiał dużo silniejszy wiatr, niż mówiły prognozy. Ostatecznie nie udało mu się znaleźć przyzwoitej stratu, udało mu się za to złapać stopa - jedyne auto, które tam było. Ja w tym czasie desperacko wspiąłem się na górkę po przeciwległej stronie doliny, tylko po to, żeby po dwóch godzinach stwierdzić, że łączka, którą widziałem na nawigacji jest zbyt płaska na start. Tak też skończyliśmy całkiem lotny dzień bez latania.

 

11.07.2019. Dziś dzień wyrównywania rachunków. Maciek pojechał do Annecy, bo miał z tamtym górkami jakieś zaległe sprawy do wyjaśnienia, ja natomiast postanowiłem zrewanżować się wczorajszej górce za tak brutalne potraktowanie. Tym razem dzień nie zapowiadał się najlepiej. Całe niebo od rano pokrywał altostratus, skutecznie odcinając słońce i szanse na rozwój termiki. Wiatr zerowy. Posiedziałem chwilę na wczorajszym startowisku z myślą, że w końcu będę musiał odpalić, bo prawdopodobnie dzień już nie zmieni się na lepsze. Wreszcie postanowiłem wyjść wyżej, bo było jeszcze całkiem wcześnie. Na górze przecież musi być jakaś łączka do odpalenia a zawsze dalej dolecę z wyższej wysokości. Miałem do pokonania jakieś 600 m przewyższenia. Droga była dość męcząca, ale znalazłem przy szlaku poziomki, co uratowało mi dzień. Zajadając poziomki robiłem sobie przerwy i wolno ale jednak udało się wdrapać na wierzchołek. Tylko co dalej? Ostra grań z prawie pionowymi ścianami po obu stronach i wąska ścieżka na środku. Zero możliwości startu. Przeszedłem kawałek dalej. Znalazłem lekkie poszerzenie grzbietu, jednak dość blisko zaczynała się ściana drzew. Bez wiatru nie do przeskoczenia przy starcie. Nie chciało wiać. Czekałem ok godziny, wiedziałem, że wystarczy mi jakieś 1-1.5 m/s żeby przejść nad drzwiami, jednak musi coś powiać. W końcu zobaczyłem najpierw poruszające się gałęzie drzew, później źdźbła trawy przeginały się w moją stronę. Jak tylko poczułem powiew na twarzy pociągnąłem za linki i z pełną siłą ruszyłem do przodu mając już Halinę nad głową. Przed drzewami przyhamowałem, zahaczyłem o wierzchołki nogami i już, udało się! Teraz tylko zlot na drugą stronę doliny, wylądować najwyżej jak się da w miejscu dobrze ustawionym na jutrzejszy wiatr, rozbić obóz, zrobić obiad. Dzień jak co dzień. Jedynie zatroszczyłem się, żeby dało się tu dojechać autem, bo Maciek przyłącza się i będzie spać w samochodzie.

12.07.2019. Ostanio dzien zapowiadał sie całkiem ładnie. Maciek wysadzil mnie w polowie górki, tam skad wczoraj mnie zgarnal. Poczłapalem sobie dalej w góre a Maciek pojechal do Annecy. Nagle zatrzymało sie auto, kierowca spojrzał na mój plecak, spytał gdzie zamierzam startować, odpowiedzialem, że na szczycie. Usmiechnął się i powiedział, że mam tam łączkę i nawet umiescił tam wstążki pokazujące kierunek wiatru, ale to miejsce działa dobrze dopiero po poludniu. Podziekowałem za informacje i propozycje podwózki i poszelem dalej. Na miejscu okazalo sie, ze jednak przewiewa lekki pólnocny wiatr w plecy, należało czekać aż południowa strona wygrzeje sie od słońca. Pomimo mojego doktoratu z parawaitingu, czekanie wciaz wzbudza we mnie lekkie zniecierpliwienie, jednak wiedziałem, ze tu latać można jeszcze po 20:00, czasu więc jest dość. Z jedynej chaty w okolicy wyszła para ludzi i spokojnym krokiem szli w moim kierunku. Przywitanie, czy problemy? W pewnym sensie siedziałem na ich podwórku, co prawda troche dużym, ale jednak pewnie sami wykosili tu trawe. Jednak przywitanie. Ojciec z nastoletnia córka. On Amerykanin, córka pól Amerykanka, pól Francuzka. Po jakims czasie dolaczyła tez i mama. Bardzo sympatyczna rodzinka, więc było weselej czekać na odpowiednie warunki do startu. W koncu słońce zrobiło swoja robotę i termika niesmiało zaczęła odrywać sie z południowej strony. Wystartowalem. Na początku jedyne co moglem zrobić, to utrzymać się na wysokości startu na słabym, termicznym żagielku. Próbowalem kręcić delikatne noszenia, jednak były tak zwiane, ze prowadziły skośnie za górke. Wiedziałem, ze cierpliwość jest tu kluczowa, kreciłem sie więc wokól górki czekajac na swoja szanse. Dopiero po prawie godzinie udało mi sie wgryżć w jakiś słaby komin, jednak z wysokością był coraz silniejszy. Wykreciłem się nad górke i odbilem na NE. Wyżej wszystko działało, jednak za wysoko to nie było. Podstawy chmur na ok 2500 m nad górami o wysokości ok 2000m, co daje dość wąską przestrzeń do dyspozycji. Jakoś jednak szło, dość silny wiatr dawał możliwość zaczepienia się na żaglu co jakiś czas. Wyleciałem na trawiaste połoniny. Zorientowałem się, że zapomniałem założyć wężyk do sikania, słabo. Wisiałem na termicznym żagielku tuż przy zielonej górce, wlasciwie, co mi szkodzi? Wylądowałem, zrobiłem kilka minut postoju i odbiłem dalej z tego samego miejsca. Na kolejnym przeskoku doliny znalazłem się niewygodnie nisko. Termika zwiana przez wiatr dolinowy, ostatecznie uratowala mnie konwergencja na końcu doliny, gdzie wiatr dolinowy nie miał innej możliwości niż iść w góre. Wykręciłem znów podstawę, odetchnąłem z ulgą, przeskoczyłem w strone Chamonix i magicznego masywu Mont Blanc. Wiatr sie wzmógl, czułem rotory od dość mocno oddalonych grani. Przeleciałem przez ciaską dolinę nad Chamonix i za Mont Blanc dokleiłem do południowej ściany masywu obserwując jęzory spływająych z ponad 4000 m lodowców. Przeskoczyłem kolejne żebro i dostałem rotorem, Halina wymagała ode mnie coraz wiecej pracy, GPS pokazywał już wiatr 35 km/h. Przy kolejnym żebrze nie udało mi sie utrzymać nad grania po nawietrznej stronie przy wcisnietym speedzie do oporu. Odwrócilem sie z wiatrem i przygotowałem na strzał. Nie było gorzej niż poprzednio, co jednak bylo dalekie od komfortu. Wiedziałem, że lądowanie w dolinie jest bardziej niebezpieczne niż kontynuowanie lotu, postanowiłem dalej dawać przewiewać się przez kolejne żebra. Granica ze Szwajcaria przyniosła dodatkowe atrakcje w postaci czarnych, deszczowych chmur i dodatkowego wiatru z doliny Rodanu wchodzącej od pólnocy. Wiatr spychał mnie na grań i poczułem coraz liczniejsze krople deszczu. Założylem duże uszy, wcisnąłem belkę speeda do oporu. Z trudem udawało mi się powstrzymać przewiewanie, jednak wydmuch z doliny dawał mi wciąż +1-2 m/s w góre. Ja już chce na ziemię! Spirala odpada, zdmuchnie mnie na grań. B-Stall podobnie, dodatkowo mam mokre skrzydlo, może być problem z wyjściem. Zaciagam wiec jak najwiecej tych uszu a nogi dociągają speeda do granic. Ostatecznie balansem ciała zaczynam małe wingovery ciągle trzymając uszy i speeda. Powoli opadam, niżej nawet udaje mi sie lekko lecieć pod wiatr, po ok pólgodzinnej walce wybieram łączkę na przedmiesciach Martigny i z ulgą ląduję. Deszcz oczywiście sie rozmyśla, wiatr na dole nie wyglada tez dramatycznie, przez chwilę mam wrazenie, jakby cała scena działa się tylko w mojej glowie. Jedynie szybko przelatujące chmury potwierdzają duży wiatr na wysokości. 
Tu kończę przygodę. Przynajmniej na teraz. Skumulowane zmęczenie daje o sobie znać, ale nie mam dość, po prostu muszę odpocząć. Jutro wracam do Polski. Myślę, że kiedyś zacznę w tym miejscu i polecę dalej. Szwajcaria przywitala mnie zbyt dramatycznie, żeby to tak zostawic. Do zobaczenia niebawem:)

 

Właściwie kilometry niewiele tu mówią, ale podsumujmy:

Dystans przebyty w locie: 412,9 km
Dystans przebyty z buta: 38,8 km, przewyższenie 3506 m

Niebawem uzupełnienie o fotki i filmy.

Latanie biwakowe przez Alpy